You're currently on:

Z DZIECKIEM NA RYBACH, CZYLI TATA W OPAŁACH

Jak zaszczepić pasję do wędkarstwa? Czy się spodoba, czy będą dzieciaki jeździły z nami na ryby? Te pytania zadają sobie wszyscy wędkujący rodzice, którzy marzą o tym, aby ich dzieci dzieliły ich pasję.

Dzieci też marzą, tylko trochę inaczej i musimy pamiętać, że to one, a nie ryby są wtedy najważniejsze. Zabierając nasze pociechy na pierwsze, drugie czy trzecie wędkowanie, musimy być nie tyle dobrymi wędkarzami, ale bardziej psychologami, nauczycielami i opiekunami. Czasem też pielęgniarką, ale oby jak najrzadziej;)

Ważne, aby nie zniszczyć początkowego entuzjazmu.

Mój dziewięcioletni syn do tej pory radził sobie przy połowie ryb bacikiem. Wystarczył kijek o długości 4m, trochę zanęty, biały robaczek lub pinka i można siedzieć na pomoście i dłubać krąpie czy płoteczki. Ważne, że się coś dzieje, a dzieci zadowolone. Tym razem jednak chciałem zwiększyć kaliber poławianych ryb, tak aby go tym wędkarstwem nie zanudzić.

Czas letni to wysokie temperatury, na które przesadnie naszych dzieci narażać nie powinniśmy. Aby złowić coś w miarę konkretnego przez jakieś 2-3 godzinki, wybieram łowisko komercyjne, które jeszcze mnie nie zawiodło i zawsze coś brało. Nawet jeśli “kabany” spały. Drugim ważnym warunkiem była łagodna linia brzegowa, gdzie w ferworze emocji, dziecko będzie zupełnie bezpieczne. Pamiętajcie, że ambicje wędkarskie podczas takiego wypadu należy deczko schować.

Niezbędne wyposażenie:

- Krem z filtrem przeciwsłonecznym
- Woda niegazowana min 1,5 litra
- Czapka dla dziecka, również parasol będzie dobrym wyborem
- Coś z długim rękawem na wypadek ochłodzenia bądź dużego wiatru
- Mini przekąska, żebyście nie musieli zaraz wracać z powodu wielkiego głoda:)
- Sprzęt wędkarski.
Metoda połowu, którą wybrałem to Method Feeder. Fajne brania i dużo dodatkowych pierdółek, które nasze pociechy z pewnością polubią. Plan był taki, że mój dziewięciolatek, prócz zarzucania wędzisk, będzie wszystko robił sam. Wędki miałem odmierzone dość daleko, więc nie chciałem ryzykować, że nasza przygoda skończy się zanim się zaczęła. Następnym razem będziemy łowić bliżej i wtedy będą lekcje zarzucania. Tym razem, aby się nie zniechęcił wybrałem, to co najciekawsze.

Uczyliśmy się: nakładania przynęt na haczyk, ładowania foremki, wiercenia kulek, obserwacji brania, zacinania, holu.

Pellet Premium jest bardzo łatwy do rozrobienia.

Foremki, gumki, pellety, kulki… duuuużo kolorów:) to wszystko znajdziemy na stoliku wędkarza łowiącego na methodę. Zauważyłem, że syn bardzo chętnie uczył się ładować towar do podajnika, przewiercał kulki i waftersy. Co ciekawe jedna z takich prób skończyła się skaleczeniem, ale nie dał znać aż do zakończenia wędkowania.

Apetyczny pomarańczowy wafters o rybnym aromacie.

Bardzo szybko w polu łowienia pojawiły się średnie leszczyki, które syn sprawnie zacinał, mimo że brania nie były atomowe, a zestaw był zrobiony przelotowo. Jak już wspominałem nie lubię samołówek, bo rozleniwiają, a tu wiele by się na samołówce nie nauczył. Czujność zachowywał i był naprawdę skupiony.

Leszcze brały na pellety w różnych smakach.

Chwilę grozy dla rodziców stanowią z pewnością zabawy dzieci z haczykiem. Bez tego jednak się nie da i zakładanie przynęt to podstawa. Próbowaliśmy łowić również na kukurydzę.

Na szczęście Krzysiek sam siebie nie złapał…jeszcze zdąży:)

Ze względu na upał wędkowanie trwało 2,5 godziny. Rybki z czasem brały coraz delikatniej, choć brania całkowicie nie ustały. Rozpoczęliśmy wędkowanie ok godziny 11, więc pora już późna, a słońce wysoko. Krzyś, choć się nie skarżył, to widać było, że sporo wrażeń plus słońce swoje zrobiły. Sporo brań nie udało się zaciąć, ale w siatce były ryby, do których obserwacji brania i zacięcia nie przyłożyłem ręki. Brawo Synu!!!

PS. NAGRODA DLA TATY:) Mój synek dłubał w skupieniu leszcze. Wiedziałem, że w nęconym miejscu w taki skwar będzie ciężko o coś innego. Pomyślałem chwilę, wziąłem trochę pelletu i kukurydzy i poszedłem pod drzewo kończące cypel. Zasypałem tzw. margin na odległości ok 10 metrów wzdłuż brzegu od naszego stanowiska i ok 2 metrów od brzegu w nadziei, że coś większego chroni się pod drzewami. Po 15 minutach w zasypanym miejscu zauważyłem zawirowanie na powierzchni. Nabiłem podajnik i zarzuciłem zestaw. Po 2 minutach piękne przygięcie szczytówki, a po zacięciu mega odjazd i to nie jeden, więc wiedziałem, że na kiju mam szalonego azjatę. Ja go do brzegu pod podbierak, a on zaraz 20 metrów na otwartą wodę…i tak przez kolejne kilka minut. Syn rozemocjonowany robił zdjęcia. Wiem, że jak wyciągnę rybę to będzie szczęśliwy. Był!

Piękna nagroda za lekcje methody:)

Tekst i foto: Tomek Sikorski