Na to łowisko wybrałam się po raz pierwszy. Sama się dziwiłam, że tak długo zbierałam się do odwiedzin tej wody, bo znajduje się ona parę kilometrów ode mnie. Długi weekend czerwcowy i piękna pogoda w końcu wygnały mnie z domu i popędziłam właśnie tam - na Wędkarski Poligon.

Poligon kojarzy mi się z ćwiczeniami, walką z samym sobą, i właśnie tak wyglądała moja zasiadka na tym łowisku, a w zasadzie dwie zasiadki. Pierwsza z nich to tak naprawdę nauka i obserwacja. Zupełnie nie znałam tej wody i oczywiście zostałam pokonana. Mimo kombinowania, schodziłam z łowiska “na tarczy”, bez żadnej złowionej ryby. Wiedziałam jednak, że to tylko przegrana bitwa, że jeszcze tu wrócę, bo pierwsze doświadczenie już zdobyłam. Zatem wróciłam. Za dwa dni, już mądrzejsza.

Na pierwszej zasiadce długo nic się nie działo. Jednak kombinowanie z taktyką zaczęło przynosić małe pozytywne skutki w postaci obcierek, pierwszych brań. Przekonałam się, że pływające tu ryby zdecydowanie reagują na jaskrawe kolory, a od zanęty o wiele bardziej wolą pellet. I to nie byle jaki. W moim przypadku jakikolwiek kontakt z rybą dawał jedynie Premium Pellet.

Drugi dzień na Poligonie był już zupełnie inny. Obok mnie stał tylko rozrobiony pellet Premium oraz dwie przynęty: pomarańczowa Kałamarnica&Pomarańcza i różowa Truskawka. Łowiłam na średniej głębokości, około 30m od brzegu. Nie nęciłam zbyt obficie, jedynie delikatnie na początku. Przez chwilę nic się nie działo, ale z czasem udało mi się wypracować kilka brań. Zdecydowanie wygrywała Truskawka, która sprowadziła wszystkie złowione tego dnia ryby na mój haczyk.

W sumie udało mi się wyciągnąć siedem karpi w przedziale od 3 - 6kg. Nie jest to zbyt imponujący wynik, ale satysfakcjonujący jak na pierwszy raz, tym bardziej, że opóźniona wiosna sprawiła, że ryby dopiero teraz mają tarło. Na tym łowisku było to widać znakomicie.

Ta zasiadka to jednak nie tylko wędkowanie, ale także wyjazd rodzinny połączony z odpoczynkiem. Obok mnie zasiadł zatem mój 9-letni siostrzeniec Emil wraz z rodzicami, który również jest zapalonym wędkarzem. Emil to dziecko wędkarskiego szczęścia. Gdzie nie rzuci kija, tam ryba. Nie inaczej było tym razem. Siostrzeniec złoił skórę nie tylko mi, ale również mojemu mężowi, wyciągając karpie jednego za drugim. Zupełnie straciłam rachubę, ile ryb Emil złowił, ale było ich naprawdę sporo, a to nie lada wyczyn przy tych trudnych warunkach.

Tego dnia z łowiska w końcu schodziłam zadowolona i w zasadzie trochę z siebie dumna. Dostałam niezłego powera do dalszych wędkarskich podbojów i sporą dawkę witaminy D.:) Kolejne wyzwania przede mną. Trzymajcie kciuki!

Pozdrawiam
Magdalena Paziewicz